Anna Majcher przez lata zachwycała urodą i talentem. Choć nie brakowało wokół niej adoratorów, do dziś nie stanęła na ślubnym kobiercu. Dopiero po latach opowiedziała o doświadczeniach, które na zawsze zmieniły jej podejście do miłości.
Na przełomie lat 80. i 90. Anna Majcher należała do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorek. Popularność przyniosła jej nie tylko kolejne role, ale także ogromne zainteresowanie mediów i fanów. Mimo powodzenia u mężczyzn wielokrotnie podkreślała, że znalezienie odpowiedniego partnera wcale nie było łatwe.

W wywiadach mówiła z charakterystycznym dystansem, że mężczyzn darzy sympatią podobną do tej, jaką ma wobec zwierząt — kocha, ale nie chce ich posiadać. Jednocześnie nie ukrywała, że marzyła o prawdziwej miłości i stabilnym związku.
Aktorka przyznawała, że najbardziej imponowali jej dojrzali, inteligentni mężczyźni. Liczył się dla niej nie tylko wygląd, ale przede wszystkim charakter i możliwość prowadzenia inspirujących rozmów. Jak sama podkreślała, chciała być z kimś, od kogo będzie mogła się uczyć i kogo będzie naprawdę szanowała.

Jednym z pierwszych wielkich zauroczeń był dla niej Andrzej Strzelecki. Poznała go jeszcze jako studentka warszawskiej szkoły teatralnej. Wydawało jej się, że właśnie taki partner byłby spełnieniem jej marzeń. Los napisał jednak inny scenariusz — profesor był szczęśliwie związany ze swoją żoną Ewą. Po latach Majcher przyznała, że to uczucie pozostawiło po sobie bolesny ślad.
Aktorka tłumaczyła również, skąd brała się jej słabość do starszych partnerów. Wspominała, że bardzo wcześnie straciła ojca i od tamtej pory podświadomie szukała w mężczyznach poczucia bezpieczeństwa oraz ciepła, którego zabrakło jej w dzieciństwie.

Najpoważniejszy związek przeżyła z zamożnym biznesmenem, starszym od niej o piętnaście lat. Była przekonana, że właśnie z nim stworzy rodzinę. Gdy poprosił ją o rękę, bez wahania przyjęła oświadczyny. Pozwoliła mu również zamieszkać razem z nią, wierząc, że wspólnie planują przyszłość.
Szczęście nie trwało jednak długo. Wkrótce wyszło na jaw, że narzeczony ukrywał przed nią niezwykle ważny fakt — miał już żonę. Gdy prawda wyszła na jaw, Anna natychmiast zakończyła tę relację i kazała mu opuścić swoje mieszkanie.

Po tamtym rozczarowaniu długo dochodziła do siebie. Przyznawała, że odzyskanie zaufania do drugiego człowieka okazało się bardzo trudne. To właśnie wtedy podjęła decyzję, której już nigdy nie zmieniła.
Zapowiedziała, że więcej nie zamieszka z żadnym partnerem bez ślubu. Jak tłumaczyła, kobieta żyjąca w nieformalnym związku ponosi takie same obowiązki jak żona, ale nie ma takich samych praw.
Z biegiem lat pogodziła się z myślą, że być może nigdy nie zostanie żoną. Uznała jednak, że nie warto poświęcać własnej niezależności tylko po to, by być z kimś za wszelką cenę.

— Żaden mężczyzna nie zasługuje na to, żeby kobieta rezygnowała dla niego z siebie. Ja nigdy, nawet dla wielkiej miłości, nie zrezygnuję z bycia sobą — mówiła po latach.
Podkreślała również, że szczęśliwe życie nie musi być uzależnione od posiadania męża. Dla niej najważniejsze stało się zachowanie własnej godności, spokoju i wierności swoim przekonaniom.