Minął już tydzień od tegorocznej gali Fryderyków, a emocje wciąż nie opadły. Maryla Rodowicz, która od lat pozostaje jedną z największych ikon polskiej sceny muzycznej, ponownie musiała obejść się smakiem. I choć ma na koncie dziesiątki hitów i dekady kariery, tym razem znów nie wróciła do domu ze statuetką.
Artystka była nominowana w kategorii „Album roku pop” za płytę „Niech żyje bal”, na której znalazły się odświeżone wersje jej największych przebojów nagrane wspólnie z młodszymi artystami. Jednak decyzją kapituły nagroda trafiła do Zalii za album „Serce”.

Dla Rodowicz to kolejny taki moment w karierze. W przeszłości trzykrotnie znalazła się w gronie nominowanych, ale bez sukcesu. W 1995 i 1998 roku również nie udało jej się sięgnąć po statuetkę, a w 2008 roku sama odmówiła przyjęcia Złotego Fryderyka za całokształt twórczości, podkreślając swój sprzeciw wobec kryteriów ocen.
Tym razem emocje były szczególnie wyraźne. Piosenkarka nie ukrywa, że liczyła na inny finał, a moment ogłoszenia wyników przeżyła bardzo osobiście.

„Było mi bardzo przykro, bo wiadomo, że każdy nominowany liczy na to, że dostanie tego Fryderyka. Byłam na koncercie w Poznaniu i miałam (…) [włączoną – przyp. aut.] transmisję z (…) [gali]. Widziałam na żywo, że nie dostałam statuetki, więc przykro było” — przyznała w rozmowie tydzień po wydarzeniu.
Rodowicz od dawna nie ukrywa, że temat nagród budzi w niej mieszane emocje. W jej ocenie wiele jej projektów nie zostało należycie zauważonych, mimo współpracy z uznanymi producentami i artystami.
„(…) Było to dla mnie ogromne wydarzenie. Wcześniej byłam bardzo rozczarowana, bo nagrywałam dobre płyty produkowane przez najlepszych: Smolika, Bogdana Dąbrowskiego. Niestety te płyty były niezauważone. Mam taką teorię, zresztą potwierdza to wielu moich znajomych z branży, że tych płyt w ogóle nie słuchają ci, co głosują. Dlatego często powtarzają się te same nazwiska i co roku dostają statuetki. Może to wynika z lenistwa, że nie chce im się słuchać tych płyt?” — mówiła.

Już wcześniej, w kwietniu, artystka przyznawała, że nie zawsze oczekuje wyróżnień i bywała przyzwyczajona do pomijania. Z dystansem komentowała nawet swoją obecność w tegorocznych nominacjach, sugerując, że mogła być ona traktowana jako symboliczne docenienie całokształtu.
„No byłam niewidoczna. Co ja mam powiedzieć, proszę cię. Moim zdaniem po prostu poszli po rozum do głowy. Nie, pomyśleli sobie: ‘Ona już schodzi, to już jest końcówka, to damy nagrodę’. Widzisz, tak kombinowali” — dodała z charakterystycznym dla siebie humorem