Ich historia brzmi jak gotowy scenariusz romantycznego filmu. Przypadkowe spotkanie w pociągu, spojrzenie, które wszystko zmieniło, i uczucie, które przetrwało próbę czasu. Edyta i Cezary Pazurowie od lat uchodzą za jedną z najbardziej zgodnych par w polskim show-biznesie. Ale za uśmiechami i rodzinnymi kadrami kryje się temat, o którym rzadko mówi się głośno.
Był maj 2007 roku. Wczesny poranek, godzina szósta. Cezary Pazura wszedł do Warsu zamyślony. I wtedy ją zobaczył. Blondynkę w białej koszuli z kołnierzykiem. Stała spokojnie, wyprostowana, wysoka, skromna i – jak sam później wspominał w autobiografii „Byłbym zapomniał” – „diabelnie zgrabna”. To spotkanie okazało się początkiem wielkiej historii.

Dwa lata później, w maju 2009 roku, powiedzieli sobie „tak”. Dla aktora był to trzeci ślub. Niedługo po ceremonii na świecie pojawiła się ich pierwsza córka, Amelia. W 2013 roku urodził się Antoni, a w 2018 – Rita. Dziś od czasu do czasu pokazują w sieci fragmenty swojej rodzinnej codzienności – spokojnej, ciepłej, pełnej bliskości.
Od samego początku ich relacja budziła emocje. Wszystko przez różnicę wieku – Cezary jest starszy od Edyty o 26 lat. Dla wielu to temat numer jeden. Dla niej – nigdy nie był problemem. W podcaście Gosi Ohme przyznała wprost, że nie czuła tej różnicy ani na początku związku, ani dziś.
Podkreśliła, że nawet w momentach choroby męża nie odbierała tego przez pryzmat wieku. Wspomniała sytuację z Tajlandii, gdy Cezary miał 40 stopni gorączki i silne bóle brzucha. Gdy zapytał ją, czy to sprawia, że czuje jego starość, odpowiedziała bez wahania: że widzi w nim po prostu chorego człowieka. Tłumaczyła, że każdy ma prawo zachorować, ona także. Zawsze uważała się za osobę dojrzałą i nigdy nie miała poczucia, że dzieli ich przepaść pokoleniowa.

Jednak w tej samej rozmowie padły słowa, które pokazują drugą stronę tej historii. Gosia Ohme zapytała o coś, o czym wiele par z dużą różnicą wieku milczy – o lęk przed wcześniejszym pożegnaniem. Edyta nie uciekała od odpowiedzi.
Przyznała, że bardzo się tego boi. I że rozmawiają o tym często. Właśnie dlatego – jak wyznała – zaczęła szukać swojej drogi zawodowej i finansowej niezależności. Chciała mieć coś własnego, możliwość utrzymania się samodzielnie. Cezary ją w tym wspierał. Powtarzał jej, że musi być niezależna, mieć swoje zaplecze, bo może się zdarzyć, że któregoś dnia zabraknie go obok niej albo poważnie zachoruje.

Zaznaczyła też, że wie, iż nie ma żadnej gwarancji, kto odejdzie pierwszy. Życie bywa nieprzewidywalne. Mimo to myśl o samotności wraca do niej regularnie. O tym, że kiedyś może zostać sama, a dzieci – choć zawsze będą blisko serca – będą miały już swoje własne życia.
Najbardziej boli ją jedna wizja. Taka zwyczajna, prosta. Spacer we dwoje po parku na starość. I świadomość, że być może nie będzie im dane przeżyć tego razem.