Piotr Adamski, znany szerzej jako „polski hydraulik”, niespodziewanie pojawił się u boku Doda podczas akcji pomocy dla bezdomnych zwierząt. Ich wspólne zdjęcia i nagrania natychmiast uruchomiły falę domysłów, ale Adamski postanowił powiedzieć wprost, jak wyglądało to od środka.
Przydomek „polski hydraulik” przylgnął do Adamskiego lata temu, gdy media zaczęły opisywać jego nietypową drogę zawodową i kontrast między prostym wizerunkiem a międzynarodowymi sukcesami. Z czasem stał się bohaterem memów i sensacyjnych nagłówków, aż na chwilę zniknął z pierwszych stron. Teraz wrócił — i to w bardzo konkretnym kontekście.

Akcja, w której wzięli udział, dotyczyła pomocy psom w schronisku przed zimą. Bez sceny, bez koncertu i bez czerwonego dywanu. Doda miała własnoręcznie ocieplać budy, skupiając się na tym, by zwierzęta miały ciepło i spokój. To właśnie ten obraz sprawił, że coraz częściej porównuje się ją do Brigitte Bardot — nie za słowa, lecz za konsekwentne działania.
Adamski przyznał, że było to ich pierwsze spotkanie. Jak podkreślał, atmosfera zupełnie nie przypominała tego, czego można by się spodziewać po jednej z największych gwiazd w kraju. Zamiast pozowania i reżyserii była praca, rozmowa i skupienie na celu. To wtedy miał zobaczyć Dodę z zupełnie innej strony.

Opowiadał, że razem ocieplili budy, dzięki czemu kilkadziesiąt psów mogło spokojnie przespać zimne noce. Co ważne, on sam nie zamierzał nagłaśniać swojego udziału w akcji. Do sieci trafiły wyłącznie materiały udostępnione przez Dodę. Jak zaznaczył, zdecydował się mówić o tym dopiero teraz, by zachęcić innych do podobnych działań.
W jego słowach nie było nuty sensacji ani flirtu z plotką. Zamiast tego pojawił się wyraźny podziw i szacunek. Adamski nie krył, że ogromne wrażenie zrobiła na nim regularność i zaangażowanie wokalistki, która — jak stwierdził — działa cały czas, niezależnie od medialnego szumu.

Ta wypowiedź tylko dolała oliwy do ognia w trwającej dyskusji wokół działań Dody w schroniskach. Jedni widzą w niej autentyczne serce do zwierząt, inni wciąż doszukują się drugiego dna. Jedno jednak wybrzmiało wyjątkowo mocno — według świadka z pierwszej linii to nie była akcja pod publikę.